niedziela, 18 stycznia 2015

Pan Pinczer i dogtrekking?

Czyli czym się kończy "błądzenie w internetach".


Nie będę ukrywać, że jestem człowiekiem, który lubi "pobuszować" w sieci, szczególnie w tematach psich. Stąd też znane mi są choć w stopniu minimalnym te mniej popularne psie sporty. Jeśli naszego bloga czytacie bądź przeczytaliście od początku to z pewnością doszliście do wniosku, iż Nico psem ogarniętym nie jest. ;) W związku z tym wszelkie sporty "odpadały" na stopniu, nazwijmy to, profesjonalnym. Agility, flyball to są sporty, w których jest mnóstwo obcych ludzi, psów, a co najgorsze - pies musi być luzem. Nie może sobie brykać na smyczy. Pan Pinczer bez smyczy przy obcych psach i ludziach to nie jest najlepszy pomysł... I w dniu wczorajszym, podczas wieczornego spaceru z Agatą i Sarą nastąpiło olśnienie - dogtrekking!

W dniu dzisiejszym zaczęłam nieco na ten temat czytać i powiem Wam - nie wygląda to najgorzej. Jasne, na trasie można mijać inne zespoły, a co za tym idzie, inne psy. Jednakże pies jest na smyczy, więc mam nad nim kontrolę. To jest to co przekonuje mnie do dogtrekkingu. Co absolutnie nie oznacza, iż już oboje jesteśmy gotowi i jedziemy na zawody, bo to byłoby idiotyzmem totalnym. :) 

Powolutku w główce układam sobie plan, jakby to wszystko rozegrać. Zarówno ja, jak i Młody, musimy być w stu procentach przygotowani do takiej formy aktywności. Owszem, potrafimy wyjść na 2-godzinny spacer. Wracamy zmęczeni oraz szczęśliwi, ale ten 2-godzinny spacer nijak ma się do pokonania 10 kilometrów. Postanowiłam już jedno - cały rok 2015 poświęcamy na przygotowywanie się, a przede wszystkim nad przygotowaniem Terrorysty. W związku z tym oprócz dalszej pracy nad motywacją, która w tym momencie nie będzie jakoś mocno ważna, chciałabym wybrać się na kilkanaście, albo nawet i kilkadziesiąt miejskich spacerków. Podczas pierwszego, który miał miejsce z dwa miesiące temu, Nico zachował się bardzo dobrze. Nie bał się, dzielnie dotrzymywał mi kroku, a przede wszystkim - potrafił się skupić i zrobić to głupie "siad", co dla nas było już ogromnym wyczynem. :) Także naszym priorytetem jest minimalne ogarnięcie w stosunku do obcych ludzi i psów, czyli przynajmniej tak, aby Młody nie wydawał z siebie diabelskich dźwięków przy mijaniu ich.

O samą kondycję czworonoga się nie martwię. Trochę gorzej z moją, ale to wszystko jest "do zrobienia". Tym bardziej, że mi się chce, yay! :D Plany mamy bardzo ambitne, ale tak jak wspominałam w poście o postanowieniach noworocznych, do wszystkiego będziemy dążyć powoli i bez presji. Doskonale wiem, iż obecnie te plany mogą wydawać się Wam strasznie chaotyczne, ale ciężko mi na razie ustalić coś bardziej konkretnego... Tak na prawdę będę mogła zacząć to wszystko realizować pod koniec kwietnia, kiedy będę miała już z głowy egzaminy, a także większość przedmiotów. Wówczas zaczniemy przygotowywać się do dogtrekkingu na sto dwadzieścia procent. Nasze postępy będziecie mogli śmiało śledzić na blogu, bowiem wiem jedno - jeśli nie będzie żadnych zdrowotnych przeszkód po drodze (oby, bo jak na razie wszystko jest OK!) to nie zrezygnuję. Się nakręciłam! :D


Ps. Nasz blog ma już ponad tysiąc wyświetleń. WOW! Dziękujemy bardzo, bardzo mocno. :)

1 komentarz:

  1. Z tego, co piszesz podczas dogtrekkingu trudny będzie dla Waszej ekipy start. O ile na trasie uczestnicy ładnie rozkładają się w przestrzeni i można właściwie całą drogę przebyć samotnie, o tyle na starcie na trasę biegu wypuszczana jest ciasno zbita grupa psów i ludzi - ten moment nawet u psów, które ogólnie nie mają problemów z zachowaniem w towarzystwie innych czworonogów może budzić nadmierne emocje. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby swój start opóźnić o 10, czy 15 minut i ruszyć, kiedy już cały tłum się przewali. Jeżeli masz ochotę rzucić okiem na relację z "naszego" dogtrekkingu - zapraszam: http://trendzseterem.blogspot.com/search/label/dogtrekking

    OdpowiedzUsuń